poniedziałek, 8 sierpnia 2022

"Przemiana" Deborah Harkness - ciekawość nowego i nieśmiertelnego życia

Ta książka na mojej półce wystała się wystarczająco, by wreszcie po nią sięgnąć. Autorka, której popularność przyniosła Księga Wszystkich Dusz, na której bazowano przy produkcji seriali "Księga czarownic" popełniła kolejną powieść stanowiącą kontynuację owej trylogii. Pochłonęłam poprzednie trzy tomy, z uwielbieniem oglądałam trzy sezony serialu dość wiernemu fabule książek a do kontynuacji nie mogłam sięgnąć przez niemal cały rok od zakupu wymawiając się pracą czy studiami. Nie odmówiłam sobie więc całkowitego zanurzenia się w lekturę na weekend, by jak najszybciej dowiedzieć się, co wydarzyło się dalej...

 

Nie rozczarowałam się, choć może jednak liczyłam na trochę więcej akcji, jak w poprzednich powieściach. Tłumaczenie Anny Reszki jest wciągające, chłonęłam kolejne strony, starając się jednocześnie umiejscawiać je w chronologii globalnych wydarzeń znanych z wcześniejszych lektur. Przede wszystkim sam tytuł nawiązuje ściśle, jak się można domyślić, do przemiany człowieka w wampira. Oczywiście autorka nie skupia się wyłącznie na samym momencie przemiany i nie wyłącznie na jednej postaci, dowiadujemy się więcej o całym złożonym, jak się okazuje i rozłożonym w czasie, procesie. 

W trakcie przemiany Phoebe i jej dostosowywania się do życia jako nieśmiertelny wampir przeplata się w tej historii opowieść Marcusa, z której dowiadujemy się wielu szczegółów nie tylko z przemiany w wampira, ale także detali dotyczących jego samego i rodziny de Clermont. Zdawać by się mogło, że jedynie tłem do tego są wydarzenia z życia Diany i Matthew oraz ich dwuletnich czarodziejsko-wampirycznych bliźniąt. W zasadzie to chyba właśnie tego oczekiwałam jednak więcej w tej historii, co zrzucam na fakt sympatii do tych postaci, nie można jednak wątpić, że zbytnio rozbudowałoby to powieść niekoniecznie uatrakcyjniając ją (pomijając też fakt, że to jak dotąd najkrótsza z powieści pani Harkness). A skoro jest zapowiedź kolejnego tomu już niebawem, nie czuję się poszkodowana ograniczeniem czasowym powieści do ledwie kilku miesięcy bieżących wydarzeń.

Wracając do fabuły, podoba mi się taka forma wzbogacenia wizji autorki o detale procesu przemiany. W świecie wykreowanym do tej pory przez Harkness jedynie wampir jest bytem, który można stworzyć przemieniając w niego człowieka. Choć wiemy, że Diana wchłonęła w siebie wiedzę z Księgi Życia, nie znamy nadal praktycznie żadnych szczegółow na temat chociażby powstawania demonów (może ta wiedza dopiero przed nami?). Poza tym sam "protokół" procesu powołania do życia wampira został także bardzo interesująco przedstawiony, podkreślając tym samym rolę swojego rodzaju przynależności i poddaństwa wampirów wobec swoich stwóców, ale także zasady ogólnego oscylowania w wampirycznym świecie. Moją uwagę zwróciła też narracja. Cała niemal uwaga czytelnika powinna być skupiona na Pheobe oraz Marcusie, ponieważ to o nich dowiadujemy się najwięcej, głównym pierwszoosobowym narratorem pozostaje jednak Diana, co pozwala z jej perspektywy śledzić część wydarzeń, w których sama bierze udział. 

Powieść przesiąknięta magią, ociekająca krwią i pożądaniem, pełna wspomnień i marzeń. Czekam na więcej.

PS. To co jeszcze lubię w tej serii to okładki, a ta jest przecudowna kolorystycznie!

środa, 3 sierpnia 2022

"Lincoln Highway" - w podróż autostradą Lincolna...

Każdego czasem kusi, by wsiąść w samochód, autobus czy pociąg i odjechać w nieznane... Kolejna z powieści Amora Towlesa, którego uwielbiam już po lekturze "Dobrego wychowania", jest właśnie o podróży, o dążeniu do zmiany, ropoczynaniu od nowa. Autorką przekładu jest Anna Gralak. Osobiście postawiłabym na tytuł "Autostrada Lincolna", jestem nieco zaskoczona nieprzetłumaczeniem tytułu.

 



Strasznie szkoda było mi za każdym razem przerywać lekturę, jej czytanie rozciągnęło mi się na ponad miesiąc między kolejnymi wyjazdami, więc tym bardziej pobudzana była moja ciekawość, co wydarzy się dalej. Pozornie proste plany mogą się dość szybko skomplikować, o czym niejednokrotnie przekonują się bohaterzy tej opowieści. Im bliżej celu, tym trudniej do niego dotrzeć. I kiedy wydawać by się mogło, że gorzej być już nie może... następuje kolejny nieoczekiwany problem. Dylematy postaci, ich nie zawsze nie kolidujące ze sobą interesy, niosące tym samym problemy świetnie oddają prawdziwość twierdzenia o przepoławianiu podróży, co stanowi istny test cierpliwości i wytrwałości w szczególności dla Emmetta, który z taką determinacją stara się dopiąć obranego celu i nie zawieść młodszego brata.

Bardzo podoba mi się lekkość tej prozy, nie zdarzyło mi się znudzić w trakcie czytania, nawet mimo pozornie momentami nie tak wartkiej akcji. Zaintrygowała mnie zmiana sposobu narracji, przedstawiana raz z perspektywy poszczególnych bohaterów, innym razem prowadzona przez narratora trzeciosobowego skupiajacego się na konkretnej osobie. Może to utrudnić rozpoznanie, kto jest tą kluczową postacią lub też uzmysłowić czytelnikowi, że tak naprawdę każdy z protagonistów jest tak samo ważny w tej historii. Najciekawsze jest jednak dzięki temu to, że wiele z wydarzeń możemy śledzić z wielu różnych perspektyw, dokładniej poznając bohaterów, których one dotyczą.

W powieści dostrzegam przesłanie, że nigdy nie jest za późno, by wziąć swój los we własne ręce, nie poprzestawać na tym, co mamy, nie patrzeć na swój los bezczynnie, ale dążyć do czegoś więcej, mieć marzenia i pozwalać sobie na ich spełnienie. Oczywiście, we wszystkim jednak należy zachować rozsądek, nie dać się ponieść jedynie emocjom, ale także mieć świadomość konsekwencji swoich czynów i być gotowym do ich poniesienia. 

Jeszcze trawię to słodko-gorzkie zakończenie opowieści, która nie pozostawiła złudzeń co do losu Woolly'ego ani Duchessa, pozwala jednak mieć nadzieję na pozytywne dalsze losy Emmetta, Billy'ego i Sally. Był moment, kiedy poczułam wręcz wzruszenie, dające nadzieję na optymistyczne zakończenie całej historii. Był też moment wyjątkowo humorystyczny (o wielkości męskiego ego). Ze zrozumieniem kiwałam jednak głową, kiedy analizując sobie pobieżnie charakterystyki postaci przyznałam rację autorowi, że czasami na drodze do szczęścia potrafi stanąć nam nadmiar tego, co w nas najlepsze.

wtorek, 10 maja 2022

Cywilizacja przyszłości? "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxleya

Studia poszerzają horyzonty... ale często też po prostu dostarczają lektur do czytania. Tak też było z tą pozycją, na którą zdecydowałam się dopiero po nawiązaniu do niej na jednym z wykładów, a ponieważ wzbudziła we mnie jednocześnie chęć posiadania własnego egzemplarza - otóż i ona. Przeczytana i przemyślana.




Przekład tej antyutopii zawdzięczamy Bogdanowi Baranowi. Zdawać by się mogło, że perfekcyjnie zorganizowany świat ze szczęśliwym społeczeństwem jest obrazem idealnym. W swojej wizji przyszłości Huxley wdraża nas od samego początku w szczegóły tworzenia społeczności XXVI wieku, czy też VI wieku nowej "ery Forda", gdzie jednostki powstające w wyniku sztucznego zapłodnienia są odpowiednio uwarunkowywane od narodzin, zarówno pod względem psychologicznym, jak i biologicznym, by zajmować odpowiednie miejsce w hierarchii owej potężnej społecznej machinerii. 

"Wspólność, Identyczność, Stabilność" to hasła stanowiące filar owego nowego, klonowanego wedle potrzeby społeczeństwa, czczącego "pana naszego Forda", w którym "każdy jest dla każdego" a wszelkie przejawy samodzielności jednostki szkodzą całemu ciału społecznemu, gdzie na wszelki smutek "gram o właściwej porze najlepiej dopomoże" i narkotyk soma to wręcz norma oraz gdzie wyższe uczucia zastępuje naturalny popęd zaspokajany zbliżeniami z nieograniczoną liczbą partnerów. W takiej społeczności nie istnieje indywidualizm, spędzanie czasu z samym sobą traktowane jest jako dziwactwo zasługujące na potępienie, monogamia to relikt przeszłych pokoleń, które zasługują jedynie na zamknięcie w rezerwacie - uwarunkowanie i znajomość swojej roli w społeczeństwie, oto gwarancja stabilności! Rodzenie i wychowywanie dzieci? Cóż za niedorzeczność!

Na Netflixie można już nawet obejrzeć kilkuodcinkowy serial w oparciu o pomysł Huxleya. Tak przynajmniej jestem w stanie to przedstawić, bo adaptacją absolutnie to nie jest. Mimo jakże "czasowej" tematyki i nieodłącznych scen erotycznych fabularnie serial w sporej mierze nijak ma się do powieści. Z jednej strony można zarzucić przekombinowanie, zastosowanie technologii, o których sam  Huxley nie pomyślał, z drugiej jednak, biorąc pod uwagę postęp technologiczny wprowadzenie "podłączenia do sieci" każdego obywatela było dość zrozumiałym posunięciem ze strony scenarzysty/scenarzystów. Co do postaci - wyjątkowe pomieszanie z poplątaniem - pomijając fakt zmiany płci jednej z raczej ważnych postaci, pod względem zarówno charakterów jak i wyglądu w serialu różnią się one od pierwowzorów czasem znaczącymi szczegółami, ale widocznie takie "uwarunkowania" postaci leżały komuś bardziej. Nie podobało mi się natomiast przedstawienie "rezerwatu" w serialu, co z powieścią wspólną miało chyba jedynie nazwę i bohaterów, których dzięki temu poznaliśmy. Zupełnie niepotrzebne moim zdaniem akty przemocy.

Obecnie mam wrażenie, że seriale/filmy kręcone na podstawie powieści wypadają słabo. W tym wypadku czułam się momentami zażenowana, także serialu nie polecam. Ale lekturę oczywiście jak najbardziej tak!

wtorek, 3 maja 2022

Obyś cudze dzieci... - "W górę schodami w dół" Bel Kaufman jako klasyk realiów szkolnych

Ta pozycja również została mi gorąco polecona, aczkolwiek wyjątkowo nie należy do mojego zbioru. Związana bezpośrednio z moim życiem zawodowym i ... jakże aktualna mimo upływu sporej ilości czasu od jej wydania! Prezentuję "W górę schodami w dół" autorstwa Bel Kaufman, nauczycielki i publicystki, a przekład zawdzięczamy Natalii Wiśniewskiej. Tu przy okazji nawiążę do różnicy czasowej w wydaniu angielskim i polskim. Oryginał wydano w 1964 r. i czekać na polskie tłumaczenie musieliśmy aż do 2021 r. Niemniej - co też wspomniałam - lektura na aktualności nie utraciła zupełnie.

 

Słuszna uwaga znajduje się na tylnej okładce, że dla wszystkich nauczających to lektura wprost obowiązkowa. Ileż zabawnych, choć jednocześnie absurdalnych opisów sytuacji w tej książce znajdziemy! Ileż odniesień do własnych doświadczeń - przyjemnych i wręcz przeciwnie! Nie raz miałam wrażenie (i założę się, że nie jestem jedyna), że czytam historie wyciagnięte wprost z mojej rzeczywistości, których sama doświadczyłam, bądź o których ledwie tylko usłyszałam. Ale do rzeczy.

Nie możemy tej pozycji zaliczyć do typowych powieści ze względu właśnie na jej nietypową konstrukcję. Wszelką akcję poznajemy wczytując się w pozornie luźny zbiór okólników dyrektorskich, przeplatanych dialogami, korespondencją służową bądź prywatną, ale także samych uczniowskich prac czy sugestii, wrzucanych do "skrzynki na sugestie" - pewnego rodzaju innowacji wprowadzonej przez bohaterkę, młodą i ambitną nauczycielkę Sylvię Barrett, czasem nieudolnie próbującą wdrożyć się w rytm szkolnej pracy, nierzadko pełnej sprzeczności i absurdów. 

Czytelnik nie raz nie dwa dostrzega pewnego rodzaju zderzanie się ze ścianą w postaci sztywnej i chaotycznej biurokracji, w jakiej przyjdzie się poruszać bohaterce, ze wzruszeniem śledzi każdy drobny sukces wychowawczy i wspólnie z Sylvią opłakuje jej porażki, tak dokładnie opisywane w listach do przyjaciółki. Autorka z niezwykłą lekkością oddaje codzienność nowojorskiej publicznej szkoły, w której komizm przeplata się na równi z problemami młodzieży, czy samej głónej bohaterki, a wszystko to w otoczce nietuzinkowego humoru.

Nie raz śmiałam się w głos, strona po stronie śledząc jakże znane mi niejednokrotnie sytuacje czy absurdy. Po lekturze i przemyśleniu wszystkiego, co wyczytałam na kartach powieści stwierdzam, że było to świetne przypomnienie sobie, jak ważny jest przede wszystkim dystans w tym zawodzie, ale i uświadomienie sobie, że każdy przechodzi przez to samo, mamy te same - prędzej czy później -problemy i że nie ma jednego panaceum, którym uleczymy wszystkie te dolegliwości systemu. Niemniej - jak cała lektura - tak samo aktualny pozostaje poniższy cytat, temat jednej z dyskusji skomplementowany uczniowskim jękiem zawodu, że tak ciekawa lekcja dobiegła końca: 

"człowiek sięgać ma dalej, niż ręką dosięgnąć zdoła"

bo czy i nam, każdemu z osobna, nie zdarza się czasem, że próbujemy przeć ku górze mając do dyspozycji jedynie schody kierujące w dół?

PS. Szperałam w poszukiwaniu filmu nakręconego na podstawie tej książki, ale bez wpisania oryginalnego tytułu ("Up the Down Staircase") wyskakuje jedynie "Schodami w górę, schodami w dół" autorstwa Michała Chromańskiego (na podstawie powieści również nakręcono film, polski) - stąd uprzedzam, to dwa zupełnie różne tytuły ;)

sobota, 30 kwietnia 2022

"Zniknięcie pani Christie" - Marie Benedict

Z polecenia koleżanki sięgnęłam właśnie po tę pozycję. Jest to pierwsza książka tej autorki, którą przeczytałam. Czytanie jej rozbiłam na kilka tygodni, być może dlatego słabł mój entuzjazm, choć pozostała ciekawość, jak opisywana historia się potoczy. Powieść przetłumaczyła Ewa Penksyk-Kluczkowska.



Autorka nawiązuje do tajemniczego zniknięcia Agathy Christie, które ta z kolei tłumaczyła amnezją. Na kartach powieści zawarła przypuszczenia i spekulacje co do powodów oraz miejsca pobytu w owym czasie autorki bestselerowych kryminałów. Opowieść na swój sposób całkowicie fikcyjna, choć ze względu na nawiązania do realnego zajścia zdaje się momentami równie prawdopodobna, jak zmyślona.

Plus autorce można przyznać tutaj z całą pewnością za paralelną narrację z perspektywy zarówno Agathy jak i jej pierwszego męża, Archiego, różniące się czasem akcji, by następnie pod koniec połączyć wszelkie wątki w jedną logiczną całość. Na ten moment, świeżo po zakończeniu lektury, muszę przyznać, że z ciekawością śledziłam obie biegnące obok siebie historie, starając się doszukiwać połączeń, dopatrywać sensu ich poruszenia przez autorkę. Styl pisania bardzo mi się podoba, lekki i przystępny, początkowe strony wręcz połykałam i chciało się tego po prostu więcej.

Po dobrnięciu do zakończenia z przerwami czasami kulkudniowymi mam wrażenie, że zakończenie jakby mnie wręcz rozczarowało, choć było bardzo logiczne i wyjaśniało w zasadzie większość pytań, jakie się nasuwały. Nie do końca jednak jestem usatysfakcjonowana tą drugą częścią powieści, w której Archie spotyka się wreszcie z żoną po jej półtoratygodniowej nieobecności. Wydaje się to jednak dość autentyczne, tak mogłaby ta historia wyglądać, potwierdzając zresztą stare powiedzenie, że zemsta najlepiej zmakuje na zimno. Dzięki narracji Agathy widać, jak zmieniała się zarówno ona sama, jak i sytuacja, w jakiej przyszło jej się znaleźć. W pewnym sensie ta logika budowania intrygi, dokładnej analizy sytuacji, a ostatecznie zimnej i bezwzględnej postawy bohaterki zrekompensowały ten ostateczny brak pewnego rodzaju "szału" w zakończeniu tej historii.

Generalnie jednak mogę z czystym sumieniem polecić książkę. Czyta się ją ze względną przyjemnością, a nie znając biografii słynnej pisarki w pewnym sensie ma się okazję poznać te najważniejsze z faktów, przemyconych do fabuły za sprawą pani Benedict. 

Miłej lektury! ;)