Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w zbiorze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w zbiorze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2026

Podsumowanie lutego

Luty za szybko mi poleciał, również czytelniczo. Przeczytałam w całości jedną książkę i od razu kilka słów o niej.

 

"Wilk" to debiut Katarzyny Bereniki Miszczuk, byłam jej ogromnie ciekawa. Mam też jej kontynuację, którą kupiłam w promocji jako pierwszą i która czekała, aż trafię na początek tej historii.

Uzmysławiając sobie, że autorka miała zaledwie 15 lat tworząc tę historię można dodatkowo docenić kunszt jej warsztatu. Ciekawym jest fakt osadzenia akcji w Stanach, w małym miasteczku. Intrygujące natomiast - ale spójne od początku do końca - jest obarczenie bohaterki rozwijającymi się z tygodnia na tydzień koszmarami. Do tego trochę nastoletnich problemów - wszak poważnych i dojrzałych. Nie spojlerując - świetnie dopięte rozwiązanie mrocznego sekretu, choć może sam przebieg tej ostatniej akcji odrobinę naiwny, ale dobry! 

Nie nudziłam się lekturą, fabuła była spójna, odzwierciedlająca emocje młodego człowieka. Może czasem nieco naiwna, ale nie dałoby się tego uniknąć. Pamiętam, co mi zdarzało się pisać w tym wieku i jak bardzo nie chciałabym tego pokazywać nigdy i nikomu. Dodało to tylko uroku tej powieści, nadało jej autentyczności. Chciało się to czytać. Podziwiam i to bardzo.

Krótko: podobało mi się, więc z przyjemnością sięgnę po "Wilczycę".

W lutym czytałam jeszcze Hłaskę, który wisiał na mojej liście od... tak dawna, że wstyd byłoby podawać tu jakąkolwiek cyfrę. Nadal czytam, choć stan jest wyjątkowo słaby. Chyba wezmę ją później na warszat i przed zwrotem na "półkę bookcrossingową" nieco ją zabezpieczę...


niedziela, 1 lutego 2026

Styczniowe podsumowanie czytelnicze

Krótkie ogólne podsumowanie czytelnicze z pierwszego miesiąca 2026.

Bilans nie wygląda źle, bo:

1) przeczytałam 3 książki

  

2) zamiennie czytam jednocześnie tylko 4 książki


3) kupiłam tylko 3 nowe książki

 

O wrażeniach z przeczytanych książek - niebawem.

niedziela, 20 lipca 2025

Po długiej przerwie...

...wracam do moich notatek. Może na dłużej... 
Zakupiłam wczoraj kolejne pozycje, tym razem autorów związanych ze Szczytnem.


Lekturę zaczęłam od pozycji dość młodej autorki. Powieść inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam. Z treści przebija potrzeba poszukiwania siebie, akceptacji tego, jakim się jest, ale również uczenia się siebie. Historia wzruszająca, pełna emocji, próba uporządkowania chaotycznych myśli i ubrania ich w odpowiednie słowa. Przeczytałam nadzwyczaj szybko, zaintrygowana przesłaniem ukrytym w kolejnych linijkach tekstu. Z pewnością nie jest to lektura dla każdego, ale z pewnością przypadnie do gustu tym wszystkim, którzy kiedykolwiek wątpili w siebie, poszukują własnej drogi, potrzebują ukojenia swojej niespokojnej duszy. Ciężko mi w tym momencie stwierdzić, czy sięgnę po nią po raz kolejny, na pewno jednak czekam na dalsze twory autorki. Jestem ciekawa, jak rozwinie warsztat, bo widzę tu dość ciekawy potencjał.


Korzystając z urlopu - wracam do czytania.

niedziela, 18 lutego 2024

Niezwykła historia zwykłej kobiety - "Życie Violette" Valerie Perrin

Bardzo trafiona propozycja koleżanki. Nie tylko bardzo ładne wydanie, ale również niesamowita treść:

 

Powieść Valerie Perrin "Życie Violette" w tłumaczeniu Wojciecha Gilewskiego to wyjątkowa lektura. Można początkowo odnieść wrażenie, że nie ma tu żadnej specjalnej akcji, ale z każdą kolejną stroną maluje się historia kobiety, która w życiu przeszła naprawdę wiele. Nie ma tu zbyt wiele radosnych treści, a z pewnością te nieliczne rozmywają się w nijakiej codzienności następującej po wręcz tragicznych wydarzeniach. Te fragmenty codziennego, spokojnego życia dojrzałej kobiety, którą poznaje się od pierwszych stron przeplatają wspomnienia i wydarzenia z bardziej i mniej odległej przeszłości dopełniające całego obrazu postaci - kobiety, żony, matki.

Ta książka wyjątkowo mnie wzruszyła (dosłownie). Nie sposób było nie przeżywać tych wszystkich wydarzeń razem z Violette, nie rozumieć, co tak naprawdę odczuła, nie podziwiać jej może nie tyle pogody ducha, bo nie uznałabym jej za kobietę szczęśliwą, co raczej spokoju i pogodzenia z codziennością, pójścia dalej. Ciekawostką jest tytułowanie poszczególnych rozdziałów przez autorkę swoistymi "złotymi myślami", jak chociażby: "Liście spadają, pory roku mijają, tylko wspomnienie trwa wiecznie", "Miłość jest wtedy, kiedy spotyka się kogoś, kto sprawia, że wszystko jest nowe" albo "Wspomnienie nigdy nie umiera, po prostu zapada w sen". To też nakreśla częściowo, jak w "toku" powieści kształtował się obecny charakter Violette, jak zmieniała się ona i jak ewoluowały jej przemyślenia. 

Po przeczytaniu chciałam oczywiście więcej, zachłysnęłam się tą historią oraz pięknym językiem. Zachwyciła mnie ta wyczuwalna nadzieja, że zawsze po burzy musi kiedyś przyjść słońce i że warto doceniać każdą chwilę zwykłego życia, celebrować te piękne momenty, rozczulać się nad prostotą istnienia i akceptować życie takie, jakie jest, ze spokojem. Powieść nie jest radosna, ale napawa nadzieją, wzrusza i rozrywa serce jednocześnie dając wiarę w lepszą przyszłość. Wspaniała!

piątek, 16 lutego 2024

Lutowe zakupy...

Troszkę tych książek mi doszło i w zasadzie to sama fantastyka.

W pierwszej kolejności skusiłam się na nieznane mi jeszcze autorki:


Zaciekawiły mnie opisy, więc myślę, że mogą okazać się całkiem przyjemnymi lekturami.

Nie oparłam się pokusie dokupienia kolejnych tomów serii "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk, która wyjątkowo mnie urzekła:


W dalszym ciągu też "wymieniam" moje zaczytane "pottery" na nowsze wydania:


Z kolei po wzruszeniu, jakie ogarnia mnie przy czytaniu "Życia Violette" (które czeka w kolejce na "recenzję") dokupiłam kolejną powieść Valerie Perrin:


Takie skromne zakupy:

;)

poniedziałek, 5 lutego 2024

"Śnieżka" opowiedziana na nowo - "Lustereczko" Jen Calonity

Czy znajdzie się ktoś, kto nie lubił baśni? Ja powróciłam do zupełnie nowej, pełniejszej, kreatywnej wersji znanej baśni opiwiedzianej na nowo, mroczniejszej i z pewnością jednak nie dla najmłodszych. "Lustereczko... Mroczne opowieści" autorstwa Jan Calonity w przekładzie Ewy Tarnowskiej to lektura mimo wszystko przyjemna.

     

Urzekły mnie też piękne niebieskie krawędzie stron, przez co wizualnie książka (choć niestety w miękkiej okłądce) dodatkowo zyskuje w moich oczach.


Dlaczego warto przeczytać? Po pierwsze to szerszy zarys historii, autorka puściła wodze fantazji i zarysowała czytelnikowi wręcz psychologiczny portret Złej Królowej, dokładniej przedstawiając najważniejsze momenty w jej przeszłości, które stanowiły motor do podjęcia takich, a nie innych kroków (najczęściej drastycznych). Autorka utrzymała też powieść w konwencji wzajemnie przeplatających się dwóch historii dwóch głównych postaci (z wątkami pobocznymi naturalnie), które ostatecznie łączą się w jedną z zakończeniem jak można się spodziewać szczęśliwym (choć z wyjątkami).

Jeśli szukamy zaś wzoru do naśladowania, pełnego dobroci serca, ociekającego bezinteresownością, oddającą się z zapałem pracy, który mimo własnej niedoli nie przejdzie obojętnie obok innych to świetnie trafiliśmy. Śnieżka przedstawiona jako uosobienie dobra i niewinności, posiadająca wszelkie wyłącznie pozytywne cechy, potrafi podnieść morale i potwierdzić fakt, że "rozdając" dobro wraca ono z conajmniej zdwojoną siłą.

Czy dostrzegam jakieś minusy? Postać księcia wydała mi się może nieco mdła, bez wyrazu, ponieważ niby towarzyszy księżniczce i wspiera w jej zamyśle pokonania Złej Królowej, ale jest przy tym raczej takim delikatnym chłopcem, wręcz nazbyt ufnym i również przez to niewinnym, choć nadal mężnym i skorym do poświęceń.

To była dla mnie na pewno wspaniała podróż wgłąb magii i sumienia. 380 stron bajkowej treści w zupełnie nowej, kreatywnej odsłonie.

piątek, 2 lutego 2024

Seria słowiańska z wydawnictwa Replika

Uwielbiam te wydania z wydawnictwa "Replika", bo mam słabość do słowiańskich klimatów. Luty rozpoczęłam od zakupów i do mojej "słowiańskiej" półki dołączyły nowe tomy:



Bardzo przyjemne to były zakupy, w pakiecie dostałam świetny notatnik z Leszym. Powiększyła się także moja kolekcja zakładek:



A tak prezentuje się cała "słowiańska" półka (no powiedzmy, że cała):


niedziela, 28 stycznia 2024

Słowiańskie klimaty - "Szeptucha" Katarzyny Bereniki Miszczuk

Od jakiegoś czasu gromadzę i uzupełniam moją słowiańską biblioteczkę, dlatego bardzo podobają mi się także powieści w tym klimacie. Do takich zalicza się właśnie "Szeptucha" autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk. Zwlekałam z zakupem wyjątkowo długo wiedząc, że książka powinna mi się spodobać, podobnie zresztą jak nie zawiodła mnie "Ja, Diablica". Wreszcie jednak, do czego szczególnie przekonała mnie wyjątkowo korzystna cena w krakowskiej "taniej książce" poza perspektywą braku lektury na odpoczynek po zwiedzaniu tego wspaniałego miasta, kupiłam i pochłonęłam jak tylko mogłam najszybciej. 

 

Jakkolwiek nie przyszłoby mi oceniać poszczególnych elementów czy postaci występujących, książka bardzo mi się podobała. Fabuła jest wciągająca, a wyjątkowo interesującym jest według mnie pomysł wyobrażenia sobie niejako alternatywnej rzeczywistości, w której nie tylko nie jesteśmy krajem chrześcijańskim a ustrój nie zmienił się od wieków, zatem panuje prapotomek pierwszego władcy, ale i połączenie w życiu codziennym technologicznego postępu z tradycją pokoleń. Choć może wydawać się naiwnym przypuszczenie, że w erze smartfona nadal będziemy wierzyć w lecznicze moce kamienia piorunowego albo rosy zbieranej w piątek przed wschodem słońca, to samo podkreślenie, że co nie zaszkodzi może pomóc, tłumaczy częściowo potrzebę podtrzymywania takich praktyk znachorskich - nie przekonuje to natomiast Gosi, która absolutnie szeptuchą zostać nie zamierza (wszak nie po to studia lekarskie kończyła!).

Może i główna bohaterka nie jest więc mimo wszystko moją ulubienicą, wzbudziła jednak nieco sympatii, nawet pomimo paranoicznych wręcz zachowań i przesadnego usiłowania pozostania ponad tradycją i utartymi przesądami - choć czasem to z jej strony istna ignorancja - na rzecz kroczenia z duchem czasu i baczenia na czające się wszędzie bakterie. Zdecydowanie bardziej ciekawą od niej postacią jest jej mentorka, wiejska szeptucha Jaga (przez siebie samą nawet nazywana Babą Jagą), która wykazywała się nadzwyczajną cierpliwością do swojej podopiecznej Gosi, ale i wyjątkową błyskotliwością, a także specyficznym rodzajem humoru i oczywiście doświadczeniem w swoim wcale nie tak banalnym zawodzie. Najbardziej jednak podziwiam umieszczenie wśród bohaterów legendarnego Mieszka I, uosobienia męskości i obiektu pożądania nie tylko ze strony Gosi, ale i niejako łączącego w sobie jednocześnie człowieczeństwo i boskość. Pomysł naprawdę wzbudził mój zachwyt!

A wszystko to w otoczce legendy o kwiecie paproci, obecności w ludzkim świecie słowiańskich bóstw i działających na ich usługach rusałek, ubożąt czy też upirów i wąpierzy. I naprawdę chce się więcej! Dlatego nie uważam czasu poświęconego na książkę za stracony. Mało tego - sięgnę po kolejne (tylko się w nie zaopatrzę!), a tymczasem na podorędziu mam "Jagę", która jest niejako prequelem tej historii.

sobota, 21 października 2023

Książkoholik...

 ...potrafi czasem kupić więcej książek, niż jest w stanie przeczytać. Od sierpnia w zasadzie zdecydowanie mniej czytam, za to więcej pracuję, ale rekompensuję to sobie... kupowaniem nowych książek. A trochę ich przybyło i do tego różnorodnych tematycznie.

Sierpień kończyłam w klimacie śródziemnomorskim, o czym wspominałam zresztą, ale nie mogłam też oprzeć się pokusie, kiedy zobaczyłam kolejny tom Repliki z serii słowiańskiej - więc dokupiłam (w sumie już czwarty tom) wolumin z mitologią słowiańską i polską. 


Kiedyś (nie lubię tego słowa...) zasiądę i pochłonę wszystkie! Dużym plusem są znów bardzo eleganckie graficznie okładki:


Wrzesień na miły początek również rozpoczęłam od zakupów, tym razem skuszona promocją. Zadowalających rozmiarów paczuszka zawierała takie oto nowe cudeńka:



Serial "Pamiętniki wampirów" oraz dwie kolejne po nim serie oczywiście już zdążyłam obejrzeć, jednak myślę, że nie będę żałować lektury. Wymieniam też stopniowo serię "HP" na tomy w twardej oprawie (a czemuż by nie?). Mam też wreszcie własnego "Tatarkiewicza"!

I ostatnie, zakupione w szczytnym celu, ale jakże wzbogacające półkę:


Najbardziej ciekawią mnie oczywiście "Belfrzy", ale znając już trochę pióro pani Miszczuk prawdopodobnie i tą książką się nie rozczaruję.

Obiecuję sobie, że rzucam wszystko i idę czytać... A na pewno pora wygospodarować więcej czasu na tę przyjemność ;)

piątek, 4 sierpnia 2023

Kiedy praca nie idzie, ale kawę to i owszem...

...a ja tak tylko sięgnęłam sobie po nią na półkę i... wsiąkłam. A praca czeka...



Ta książka przedstawia się sama - "Harry Potter i kamień filozoficzny" autorstwa Joanne K. Rowling w przekładzie Andrzeja Polkowskiego to pierwszy tom serii, bez której chyba nie byłoby mojej miłości do czytania. Pierwsze 4 tomy Pottera dostałam już ładne 20 lat temu i dalej goszczą na mojej półce (choć jak było już widać powoli noszę się z zamiarem wymiany na wydania nowsze). Niemniej już daaaawno nie sięgałam po nie na dłużej niż tylko głaskanie okładki. Nawał pracy to straszna sprawa swoją drogą, bo wtedy nagle, nawet się człowiek nie zorientuje, jak bezwiednie wyciąga na pozór zapomnianą, porzuconą, a jakże wspaniałą książkę i od gładzenia grzbietu przechodzi do kartkowania, delektowania się zapachem leciwego już papieru, wspomina jak to było cudownie, kiedy ostatni raz trzymał ją w dłoniach, kartka po kartce, strona po stronie zanurzał się w niezwykły świat marzeń, niemal sam eksplorował tajemniczy świat magii... i już ma przeczytany rozdział, trzy, pół książki...


Ale w sumie... czego tu żałować? 

niedziela, 30 lipca 2023

Mit Ariadny opowiedziany na nowo - "Pani Labiryntu" Magdy Knedler

Książka zwróciła moją uwagę nie tylko ze względu na sentyment do mitów, ale także przez intrygujący opis na tylnej stronie okładki. Sama okładka również bardzo mi przypadła do gustu, przebolałam nawet fakt, że nie jest twarda i "przytuliłam ją", żeby zagłębić się tę opowieść w swoim zaciszu (choć doczekała się tego dopiero w podróży nie tak daleko "źródeł" zresztą - takie dodatkowe prawie zanurzenie się w klimat).

 

Mimo bazowania na znanym micie nie jest to oczywiście tekst źródłowy, jedynie opowieść wykorzystująca postacie z mitologii greckiej oraz osadzona w ówczesnych realiach. Bardzo wciągająca lektura, napisana przystępnym i lekkim językiem. Jest też dość oryginalna, a Ariadna - jako główna bohaterka - przedstawiona jest jako nietuzinkowa postać, która w miarę upływu czasu staje się niesamowicie charyzmatyczną kobietą. Rozczulały mnie opisy jej kontaktu z naturą, oddające bliskość z przyrodą i radość, jaką z tego czerpie. Wspaniale roztaczająca się aura mistycyzmu, kultu prastarej bogini, poszukiwanie własnej tożsamości.

Znawcy mitologii spotkają się przy lekturze z zupełnie inną perspektywą postrzegania mitologicznych postaci. Autorka znanych z mitologii bohaterów kreuje wręcz na nowo, bawiąc się swoją opowieścią dodaje nieco pikanterii opisywanym sytuacjom, demonizuje bądź wybiela niektórych antagonistów. Świetnie wykorzystuje szczególnie labirynt, w którym ukryty jest potwór, nadając mu dodatkowy tajemniczy, mistyczny wręcz charakter i funkcję, przez co sprawia wrażenie żywego organizmu odziałującego na każdego człowieka inaczej i ukazującego mu inne wizje. Wszystko to sprawia, że czytelnik może liczyć na niezłą ucztę emocjonalną oraz godziny dobrej lektury. Śmało mogę ją polecić, wielce prawdopodobne też, że sięgnę po nią kiedyś jeszcze raz.

sobota, 7 stycznia 2023

O przełamywaniu stereotypu o podrzędnej roli kobiety - "Lekcje chemii" Bonnie Garmus

Nalepszy prezent świąteczny to dobra lektura. Do takich z pewnością mogę zaliczyć "Lekcje chemii" autorstwa Bonnie Garmus, którą to książkę "skubałam" dwa tygodnie. Chcąc oddać tej historii należny szacunek, dopiero drugą połowę pochłonęłam jednym tchem, z trudem i żalem odrywając się do codziennych obowiązków. Ale do rzeczy. 


Tłumaczenie zawdzięczamy Markowi Cieślikowi, publikację wydawnictwu Marginesy. Akcja osadzona jest w Kalifornii w latach 50. i 60. XX w. Kwestia równouprawnienia płci to w ówczesnych realiach temat ważny niemal tak jak wpływ ruchu planet na nocne życie jednorożców. Realiach, w których rola kobiety powinna sprowadzać się wyłącznie do prowadzenia domu i wychowywania dzieci. Realiach, w których powszechne jest twierdzenie, że kobiety są nie dość bystre, by osiągnąć więcej niż mężczyźni. 

Elizabeth Zott nie godzi się na przeciętność, bo co w końcu może znaczyć, że jakaś kobieta jest przeciętna? Nie ułatwia jej to niestety wybicia się w naukowym, typowo męskim świecie, gdzie nie docenia się piękna umysłu, a jedynym uznawanym autorytetem jest męska płeć. Seria niefortunnych zdarzeń losu sprawia, że Elizabeth nie tylko zostaje samotną matką, ale i rewolucjonizuje amerykańskie kuchnie z ekranów teleodbiorników. Mimo to zdawać by się mogło, że jej losy to nieustanna huśtawka naprzemiennych pozytywnych i negatywnych wydarzeń. 

Czytając czuje się chwilami przebijającą z treści gorycz, jaką czuły postacie traktowane niegodnie tylko ze względu na fakt, że nie urodziły się mężczyzną. Niesprawiedliwość, która przejawiała się sprowadzaniem kobiety do jedynej "słusznej" roli żony i matki, opiekującej się rodziną i odpowiedzialnej za dobre samopoczucie swojego męża. Bezradność w obliczu przemocy, jakiej nierzadko kobiety doświadczają, nie uzyskując żadnej rekompensaty. Niemniej chwilami ogarniało mnie także wzruszenie, kiedy wydarzenia obierały pozytywny tor, a tło stanowiło dla nich na pozór "zwykłe" gotowanie na antenie, które zdaniem bohaterki jest czymś ważnym i wcale nie daje tyle "frajdy". Jest za to pasmem chemicznych eksperymentów, których udanym efektem końcowym jest pyszna i pożywna potrawa. "Odwaga w kuchni przekłada się na odwagę w życiu."

Lekturę oceniam bardzo pozytywnie. Jestem zdania, że warto przczytać ją choćby dla podniesienia na duchu siebie samego, szczególnie w chwilach słabości, braku wiary we własne siły, chandry. Autorka podkreśla między wierszami, jak ważny jest czasami upór, podjęcie wyzwania, dążenie do zmiany. Najtrudniejsze jest przecież podjęcie decyzji o zmianie czegokolwiek w życiu, kolejne kroki są już o wiele łatwiejsze. Po przeczytaniu tej książki sama uważam, że trzeba wzmacniać w sobie poczucie pewności siebie, wiary we własne możliwości, a przede wszystkim nie bać się zmian, jeśli uznamy je za konieczne. Na podsumowanie fragment, ogromnie pozytywny:

"Pewnym krokiem, z grubym pisakiem w dłoni podeszła do stojaka. "CHEMIA TO ZMIANA" - napisała na arkuszu papieru.

- Kiedy tylko zaczniecie wątpić w swoje siły - powiedziała, odwracając się znów ku widowni - kiedy tylko poczujecie lęk, przypomnijcie to sobie. Odwaga leży u źródła każdej zmiany, zmiana zaś jest tym, do czego jesteśmy wszyscy chemicznie zaprojektowani. Tak więc kiedy obudzicie się jutro, przyrzeknijcie coś samym sobie. Nigdy więcej hamowania własnego rozwoju. Nigdy więcej uznawania opinii innych na temat tego, co możecie, a czego nie możecie osiągnąć. I nigdy więcej przyzwalania na to, by ktokolwiek szufladkował was według bezużytecznych kategorii płci, rasy, pozycji ekonomicznej czy religii. Nie pozwólcie swoim talentom leżeć odłogiem, moje panie. Same projektujcie swoją przyszłość. Kiedy wrócicie dziś do domu, zadajcie sobie pytanie, co wy same chcecie zmienić. A potem zacznijcie to robić."

wtorek, 16 sierpnia 2022

"Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony

Zanurzam się powolutku w bajania o słowiańskich bóstwach. Pierwszy mój zakup, który czekał na przeczytanie chyba również coś koło roku, to właśnie opowieści zebrane w "Mitologii słowiańskiej" autorstwa Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony. Jak sami autorzy zastrzegają, nie są to absolutnie żadne oryginalne opowieści, a jedynie literackie opracowanie legend i podań słowiańskich, które mają czytelnika wprowadzić w świat pradawnych bogów, herosów czy postaci z demonologii słowiańskiej. 


Pozycja ta zawiera ciekawe ilustracje autorstwa Magdaleny Boffito. 

 

Mogę polecić ze względu na lekki język, jakim napisane są te opowiadania. Znacznie przybliżają nie tylko postaci bóstw, ale i tworów nadprzyrodzonych, w które według legend wierzyli słowianie, i porzez których istnienie wyjaśniali oni sobie nieszczęścia, jakie na nich spadały, czy też powodzenie w rodzinie i gospodarstwie domowym. Jak dla mnie bardzo miły wstęp do dalszego zgłębiania tematyki, ale i inspirująca lektura. Stąd też zapragnęłam więcej, co poskutkowało zakupami...



Teraz tylko siąść i czytać...

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

"Przemiana" Deborah Harkness - ciekawość nowego i nieśmiertelnego życia

Ta książka na mojej półce wystała się wystarczająco, by wreszcie po nią sięgnąć. Autorka, której popularność przyniosła Księga Wszystkich Dusz, na której bazowano przy produkcji seriali "Księga czarownic" popełniła kolejną powieść stanowiącą kontynuację owej trylogii. Pochłonęłam poprzednie trzy tomy, z uwielbieniem oglądałam trzy sezony serialu dość wiernemu fabule książek a do kontynuacji nie mogłam sięgnąć przez niemal cały rok od zakupu wymawiając się pracą czy studiami. Nie odmówiłam sobie więc całkowitego zanurzenia się w lekturę na weekend, by jak najszybciej dowiedzieć się, co wydarzyło się dalej...

 

Nie rozczarowałam się, choć może jednak liczyłam na trochę więcej akcji, jak w poprzednich powieściach. Tłumaczenie Anny Reszki jest wciągające, chłonęłam kolejne strony, starając się jednocześnie umiejscawiać je w chronologii globalnych wydarzeń znanych z wcześniejszych lektur. Przede wszystkim sam tytuł nawiązuje ściśle, jak się można domyślić, do przemiany człowieka w wampira. Oczywiście autorka nie skupia się wyłącznie na samym momencie przemiany i nie wyłącznie na jednej postaci, dowiadujemy się więcej o całym złożonym, jak się okazuje i rozłożonym w czasie, procesie. 

W trakcie przemiany Phoebe i jej dostosowywania się do życia jako nieśmiertelny wampir przeplata się w tej historii opowieść Marcusa, z której dowiadujemy się wielu szczegółów nie tylko z przemiany w wampira, ale także detali dotyczących jego samego i rodziny de Clermont. Zdawać by się mogło, że jedynie tłem do tego są wydarzenia z życia Diany i Matthew oraz ich dwuletnich czarodziejsko-wampirycznych bliźniąt. W zasadzie to chyba właśnie tego oczekiwałam jednak więcej w tej historii, co zrzucam na fakt sympatii do tych postaci, nie można jednak wątpić, że zbytnio rozbudowałoby to powieść niekoniecznie uatrakcyjniając ją (pomijając też fakt, że to jak dotąd najkrótsza z powieści pani Harkness). A skoro jest zapowiedź kolejnego tomu już niebawem, nie czuję się poszkodowana ograniczeniem czasowym powieści do ledwie kilku miesięcy bieżących wydarzeń.

Wracając do fabuły, podoba mi się taka forma wzbogacenia wizji autorki o detale procesu przemiany. W świecie wykreowanym do tej pory przez Harkness jedynie wampir jest bytem, który można stworzyć przemieniając w niego człowieka. Choć wiemy, że Diana wchłonęła w siebie wiedzę z Księgi Życia, nie znamy nadal praktycznie żadnych szczegółow na temat chociażby powstawania demonów (może ta wiedza dopiero przed nami?). Poza tym sam "protokół" procesu powołania do życia wampira został także bardzo interesująco przedstawiony, podkreślając tym samym rolę swojego rodzaju przynależności i poddaństwa wampirów wobec swoich stwóców, ale także zasady ogólnego oscylowania w wampirycznym świecie. Moją uwagę zwróciła też narracja. Cała niemal uwaga czytelnika powinna być skupiona na Pheobe oraz Marcusie, ponieważ to o nich dowiadujemy się najwięcej, głównym pierwszoosobowym narratorem pozostaje jednak Diana, co pozwala z jej perspektywy śledzić część wydarzeń, w których sama bierze udział. 

Powieść przesiąknięta magią, ociekająca krwią i pożądaniem, pełna wspomnień i marzeń. Czekam na więcej.

PS. To co jeszcze lubię w tej serii to okładki, a ta jest przecudowna kolorystycznie!

środa, 3 sierpnia 2022

"Lincoln Highway" - w podróż autostradą Lincolna...

Każdego czasem kusi, by wsiąść w samochód, autobus czy pociąg i odjechać w nieznane... Kolejna z powieści Amora Towlesa, którego uwielbiam już po lekturze "Dobrego wychowania", jest właśnie o podróży, o dążeniu do zmiany, ropoczynaniu od nowa. Autorką przekładu jest Anna Gralak. Osobiście postawiłabym na tytuł "Autostrada Lincolna", jestem nieco zaskoczona nieprzetłumaczeniem tytułu.

 



Strasznie szkoda było mi za każdym razem przerywać lekturę, jej czytanie rozciągnęło mi się na ponad miesiąc między kolejnymi wyjazdami, więc tym bardziej pobudzana była moja ciekawość, co wydarzy się dalej. Pozornie proste plany mogą się dość szybko skomplikować, o czym niejednokrotnie przekonują się bohaterzy tej opowieści. Im bliżej celu, tym trudniej do niego dotrzeć. I kiedy wydawać by się mogło, że gorzej być już nie może... następuje kolejny nieoczekiwany problem. Dylematy postaci, ich nie zawsze nie kolidujące ze sobą interesy, niosące tym samym problemy świetnie oddają prawdziwość twierdzenia o przepoławianiu podróży, co stanowi istny test cierpliwości i wytrwałości w szczególności dla Emmetta, który z taką determinacją stara się dopiąć obranego celu i nie zawieść młodszego brata.

Bardzo podoba mi się lekkość tej prozy, nie zdarzyło mi się znudzić w trakcie czytania, nawet mimo pozornie momentami nie tak wartkiej akcji. Zaintrygowała mnie zmiana sposobu narracji, przedstawiana raz z perspektywy poszczególnych bohaterów, innym razem prowadzona przez narratora trzeciosobowego skupiajacego się na konkretnej osobie. Może to utrudnić rozpoznanie, kto jest tą kluczową postacią lub też uzmysłowić czytelnikowi, że tak naprawdę każdy z protagonistów jest tak samo ważny w tej historii. Najciekawsze jest jednak dzięki temu to, że wiele z wydarzeń możemy śledzić z wielu różnych perspektyw, dokładniej poznając bohaterów, których one dotyczą.

W powieści dostrzegam przesłanie, że nigdy nie jest za późno, by wziąć swój los we własne ręce, nie poprzestawać na tym, co mamy, nie patrzeć na swój los bezczynnie, ale dążyć do czegoś więcej, mieć marzenia i pozwalać sobie na ich spełnienie. Oczywiście, we wszystkim jednak należy zachować rozsądek, nie dać się ponieść jedynie emocjom, ale także mieć świadomość konsekwencji swoich czynów i być gotowym do ich poniesienia. 

Jeszcze trawię to słodko-gorzkie zakończenie opowieści, która nie pozostawiła złudzeń co do losu Woolly'ego ani Duchessa, pozwala jednak mieć nadzieję na pozytywne dalsze losy Emmetta, Billy'ego i Sally. Był moment, kiedy poczułam wręcz wzruszenie, dające nadzieję na optymistyczne zakończenie całej historii. Był też moment wyjątkowo humorystyczny (o wielkości męskiego ego). Ze zrozumieniem kiwałam jednak głową, kiedy analizując sobie pobieżnie charakterystyki postaci przyznałam rację autorowi, że czasami na drodze do szczęścia potrafi stanąć nam nadmiar tego, co w nas najlepsze.

wtorek, 10 maja 2022

Cywilizacja przyszłości? "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxleya

Studia poszerzają horyzonty... ale często też po prostu dostarczają lektur do czytania. Tak też było z tą pozycją, na którą zdecydowałam się dopiero po nawiązaniu do niej na jednym z wykładów, a ponieważ wzbudziła we mnie jednocześnie chęć posiadania własnego egzemplarza - otóż i ona. Przeczytana i przemyślana.




Przekład tej antyutopii zawdzięczamy Bogdanowi Baranowi. Zdawać by się mogło, że perfekcyjnie zorganizowany świat ze szczęśliwym społeczeństwem jest obrazem idealnym. W swojej wizji przyszłości Huxley wdraża nas od samego początku w szczegóły tworzenia społeczności XXVI wieku, czy też VI wieku nowej "ery Forda", gdzie jednostki powstające w wyniku sztucznego zapłodnienia są odpowiednio uwarunkowywane od narodzin, zarówno pod względem psychologicznym, jak i biologicznym, by zajmować odpowiednie miejsce w hierarchii owej potężnej społecznej machinerii. 

"Wspólność, Identyczność, Stabilność" to hasła stanowiące filar owego nowego, klonowanego wedle potrzeby społeczeństwa, czczącego "pana naszego Forda", w którym "każdy jest dla każdego" a wszelkie przejawy samodzielności jednostki szkodzą całemu ciału społecznemu, gdzie na wszelki smutek "gram o właściwej porze najlepiej dopomoże" i narkotyk soma to wręcz norma oraz gdzie wyższe uczucia zastępuje naturalny popęd zaspokajany zbliżeniami z nieograniczoną liczbą partnerów. W takiej społeczności nie istnieje indywidualizm, spędzanie czasu z samym sobą traktowane jest jako dziwactwo zasługujące na potępienie, monogamia to relikt przeszłych pokoleń, które zasługują jedynie na zamknięcie w rezerwacie - uwarunkowanie i znajomość swojej roli w społeczeństwie, oto gwarancja stabilności! Rodzenie i wychowywanie dzieci? Cóż za niedorzeczność!

Na Netflixie można już nawet obejrzeć kilkuodcinkowy serial w oparciu o pomysł Huxleya. Tak przynajmniej jestem w stanie to przedstawić, bo adaptacją absolutnie to nie jest. Mimo jakże "czasowej" tematyki i nieodłącznych scen erotycznych fabularnie serial w sporej mierze nijak ma się do powieści. Z jednej strony można zarzucić przekombinowanie, zastosowanie technologii, o których sam  Huxley nie pomyślał, z drugiej jednak, biorąc pod uwagę postęp technologiczny wprowadzenie "podłączenia do sieci" każdego obywatela było dość zrozumiałym posunięciem ze strony scenarzysty/scenarzystów. Co do postaci - wyjątkowe pomieszanie z poplątaniem - pomijając fakt zmiany płci jednej z raczej ważnych postaci, pod względem zarówno charakterów jak i wyglądu w serialu różnią się one od pierwowzorów czasem znaczącymi szczegółami, ale widocznie takie "uwarunkowania" postaci leżały komuś bardziej. Nie podobało mi się natomiast przedstawienie "rezerwatu" w serialu, co z powieścią wspólną miało chyba jedynie nazwę i bohaterów, których dzięki temu poznaliśmy. Zupełnie niepotrzebne moim zdaniem akty przemocy.

Obecnie mam wrażenie, że seriale/filmy kręcone na podstawie powieści wypadają słabo. W tym wypadku czułam się momentami zażenowana, także serialu nie polecam. Ale lekturę oczywiście jak najbardziej tak!